Geoblog.pl    amichol    Podróże    Wietnam - Malezja - Singapur - Tajlandia - 2010.    Długa droga na wakacje.
Zwiń mapę
2011
20
sie

Długa droga na wakacje.

 
Wietnam
Wietnam, Ho Chi Minh City
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 0 km
 

Zgodnie z planem zapakowaliśmy się do samolotu. Szybko znaleźliśmy swoje miejsca i przygotowani do lotu czekaliśmy na start. Jak zwykle z prędkością światła wzbiliśmy się w powietrze obierając jedyny słuszny kierunek – na wschód! - Bo tam na pewno jest jakaś cywilizacja. W samolocie przekąsiliśmy standardowe kanapkowe danie z cudowną rosyjską musztardą, której ostry smak sprawia, że chce się płakać – mniam – kamisowa musztarda może się schować.

Po około dwóch godzinach lotu usiedliśmy bez większych problemów na lotnisku w Moskwie. Od razu dało się odczuć niższą temperaturę niż w Warszawie brrr prawie Syberia. Lotnisko miło nas zaskoczyło swoim wyglądem, ponieważ przez ostatnie 3 lata zdążyli je trochę odświeżyć, co przejawiało się przede wszystkim w większej ilości sklepów. Przejście przez transfer też jakoś podejrzanie sprawnie poszło, ale to zapewne dlatego, że nasz samolot lądował w tym czasie jako jedyny. Do kolejnego samolotu mieliśmy kilka godzin, więc zwiedziliśmy w tym czasie wszystkie sklepy, szukaliśmy czegoś do zjedzenia i picia, jednak ceny skutecznie odstraszały. Po kilku godzinach oczekiwania przyszła kolej na nasz samolot. Udało nam się dostać miejsca przy wyjściach awaryjnych, więc mieliśmy duuużo miejsca na nogi. Oczywiście po 5 minutach od wejścia do samolotu zaliczyłem pierwszą kompromitację naszej podróży gdy nie potrafiłem schować pilota od systemu multimedialnego na swoje miejsce i musiałem poprosić o pomoc stewardessę – co za wstyd :) Przez następne kilka godzin dosyć dobrze poznałem ten system, ponieważ nie mogłem zasnąć. Przez cały lot za to mogłem oglądać bajeczne widoki. W nocy świat z lotu ptaka wygląda jeszcze piękniej niż w dzień gdy można zobaczyć światła drzemiących w dole miast.

Trochę zmęczeni dolecieliśmy do Bangkoku, już rękawie uderzył nas podmuch gorącego powietrza. Uff... czas zacząć się przyzwyczajać, bo później będzie już tylko gorzej. Powitanie w Tajlandii wygląda dosyć chłodno, podobno to kraj uśmiechu, jednak Panowie celnicy nie wyglądają zbyt sympatycznie, wręcz przeciwnie - są bardzo poważni i podejrzliwi, do tego robią zdjęcia śmieszną kamerką – permanentna inwigilacja. Gdy wpuszczono nas do Tajlandii skierowaliśmy się do kantoru gdzie wymieniliśmy pieniądze i ruszyliśmy na zakupy.

Lotnisko w Bangkoku jest ogromne i na takim skromnym podróżniku jak Ja zrobiło wielkie wrażenie. Do tej pory myślałem, że lotnisko w Szanghaju jest oszałamiające ale Suvanabiri zwaliło mnie z nóg. Wewnątrz i z zewnątrz wygląda jak dzieło sztuki nowoczesnej - dobrze rozplanowane, wszędzie bez problemów można trafić, a w dodatku jest jak wielkie centrum handlowe.
Do następnego lotu mieliśmy kilka godzin, więc zdążyliśmy dosyć dobrze poznać lotnisko. Mnie niestety dopadło zmęczenie i usypiałem na stojąco. Gdy tylko mogliśmy odprawiliśmy się i skierowaliśmy swoje kroki do lotniskowej pizzerii. Następnie zwiedziliśmy całe lotnisko i cierpliwie czekaliśmy na kolejny lot do Ho Chi Minh City.

Wchodzenie do samolotu w Air Asia przypominało trochę mały cyrk - najpierw pierwsze rzędy, później kolejne i kolejne, w końcu i nas wpuszczono. Samolot bez pierwszej klasy wyglądał jak wielki autobus, obsługa bardzo miła i sympatyczna. Nie wiem dlaczego w europie tak narzekają na tanie linie lotnicze, chyba że w wizzair czy innym rayanie lata się gorzej na Air Asię nie mogliśmy narzekać. Cały lot Air Asią praktycznie przespałem i w ogóle nie poczułem, że minęło 3 godziny lotu. Lądowanie w HCMC odbyło się miękko i bezproblemowo, lotnisko trochę zaskoczyło nowoczesnością, może oprócz nieszczelnego ogrodzenia, w którym można było zobaczyć dziury gdy samolot kołował. Po odprawie i odebraniu bagaży wymieniliśmy gotówkę i skierowaliśmy się do autobusu, którego przystanek był oddalony o około 200 metrów od wyjścia z terminalu.

Po wyjściu z klimatyzowanego lotniska, było oczywiście bardzo gorąco, więc przeżyliśmy pierwszy szok termiczny, ale w autobusie spotkała nas pierwsza miła niespodzianka – klimatyzacja. Razem z nami jechali Niemcy, którzy całkiem dobrze dogadywali się z Panią bileterką. My siedzieliśmy cichutko i z mapą śledziliśmy gdzie jedziemy, ale było to dosyć trudne. Wokół nas pełno skuterków, wszyscy trąbią. Powoli zaczął zapadać zmrok i zbliżała się godzina o której mieliśmy stawić się w hostelu. Sajgon na żywo dobrze odzwierciedla swoją nazwę, panuje tu straszny „sajgon”. Na ulicy nie panują żadne zasady, każdy jedzie w swoją stronę, a kierowcy autobusów stosują starą zasadę – duży może więcej.
Po około 30-40 minutach dojechaliśmy do centrum, w okolice gdzie miał znajdować się nasz hostel, wysiedliśmy z autobusu i znaleźliśmy ulicę, jednak nigdzie nie było numeru, pod którym miał być nasz tymczasowy nowy dom. W końcu spytaliśmy się w jednym z biur turystycznych gdzie jest nasz hostel i skierowano nas w jedną z ciemnych uliczek. Po 30 metrach pojawił się neonik i byliśmy na miejscu! Okazaliśmy swoją rezerwację, odebraliśmy klucze, ustaliliśmy kiedy się rozliczymy i zaczęliśmy się rozpakowywać. Pokój, który dostaliśmy znajdował się na pierwszym piętrze na które wchodziło się po kręconych schodach. W naszym apartamencie było łóżko, lodówka i łazienka, wszystko na kilku metrach kwadratowych - taka wakacyjna cela więzienna stworzona chyba tylko po to żeby człowiek nie miał ochoty zbyt dużo czasu spędzać w hostelu.

Po wstępnym „ogarnięciu się” wyszliśmy na kolacje. Skierowaliśmy się na pobliski night market gdzie w zaimprowizowanej restauracji zjedliśmy kolację. Typowa uliczna jadłodajnia w Azji jest miejscem niesamowitym, charakteryzuje się świetnym jedzeniem, ale stołując się tam lepiej nie psuć sobie apetytu myślami o warunkach sanitarnych w jakich jest przygotowywane nasze danie. Zazwyczaj przed wejściem jest wywieszone menu - gdy zdecydujemy się wejść, siadamy na plastykowych stołeczkach, przy plastikowych stoliczkach i możemy obserwować prowizoryczną kuchnię na kilku wózkach, skąd co chwilę wychodzą kolejne dania. Zasada jadania w takich miejscach jest prosta - tam gdzie są ludzie, tam jest świeże jedzenie :)

Nasz pierwszy 40 godzinny dzień wakacji zakończył się bardzo smacznie. Po kolacji wróciliśmy do hostelu i w końcu mogliśmy nabrać sił na dalszy odpoczynek.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (3)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedził 0.5% świata (1 państwo)
Zasoby: 2 wpisy2 0 komentarzy0 10 zdjęć10 2 pliki multimedialne2